piątek, 12 czerwca 2015

Szorty



Kupiłam sobie szorty do biegania. Niby normalna rzecz. Zaczęłam biegać, kupiłam buty, dobre skarpety i szorty.  Zwykłe sportowe szorty, dobrze oddychają, przewiewne, z kieszonką na klucze.
Może to niewielki krok dla przemysłu odzieżowego, ale dla mnie gigantyczny. I tak jakbym się go trochę nie spodziewała, zaskoczył mnie ten zakup. Tak jakby druga Klaudyna, trochę jak Filip z konopi, wyskakuje i mówi: masz tu szorty do biegania, krótkie, króciutkie, gołe nogi, goluśkie. I  ja w tych szortach, z tymi gołymi nogami biegnę do parku i myślę. Bo zakup szortów musiał się skończyć myśleniem i to na poważnie.
Ale może od początku. 
Odkąd pamiętam nienawidziłam swoich nóg, grube, bardzo grube, niezgrabne i takie w ogóle do bani. Czasami lubiłam myśleć, że ich nie ma, że ich nie widać. Schowane dobrze pod długimi spodniami, nawet w największy upał, stawały się niewidzialne. Spódniczka tylko razem z rajstopami. Gołe nogi to był oksymoron.
Za nogami przyszyła kolej na resztę. Z czasem uznałam, że właściwie to cała jestem za gruba. I tak zaczęła się przygoda z dopasowywaniem mojego ciała  do niedościgłych wzorców. Chudłam i czasami nawet spełniałam swoje wygórowane oczekiwania. Nogi nigdy, nawet gdy waga wskazywała akceptowane przeze mnie wartości, nogi były złe, brzydkie i do schowania.
Kilka lat temu rzuciłam palenie i przytyłam. Tak się czasami dzieje, zmienia się przemiana materii i kilogramy wskakują. Starałam się z całych sił zaakceptować swój nowy wygląd. Porzuciłam stare ideały. Bez papierosów, które pomagały zabić głód, nie miałam szans być znowu chuda. Trudno było mi wypracować na to zgodę. Miałam poczucie, że, rezygnując z bycia chudą, tracę coś cennego. Tak jakbym się rozstawała z jakąś ważną częścią siebie.
Jakiś czas temu zmieniałam dietę na wegańską i troszkę schudłam. Biegam i znów trochę waga spadła. Ale to są zmiany kosmetyczne. Między mną teraz a tą sprzed lat jest 10 - 12 kilogramów różnicy.
To straszne, ale kiedyś, kiedy ważyłam 50 kilogramów, myślałam o sobie GRUBA i nienawidziłam swoich nóg, a przybranie na wadze było dla mnie końcem świata.
Dziś ważę sześćdziesiąt dwa kilogramy słownie, a mój świat się nie skończył, czasami mam wrażenie, że on się dopiero zaczyna. W szafie mam szorty do biegania, a teraz kiedy piszę ten tekst, to myślę sobie, że zakupię jeszcze jedne, takie do chodzenia po ulicy. I będę wam wszystkim, zmory moje, pokazywać moje piękne nogi, które biegają 10 km w godzinę, i które kocham tak bardzo.
Można się teraz zastanawiać (ja się zastanawiam :) dlaczego taki ktoś jak ja, przeciętny, niegruby, niechudy, dał sobie wmówić, że jest nietaki, do przeróbki, do zmiany. Jak to się stało, że przez prawie 15 lat katowałam się dietami i tkwiłam w ciągłym baraku akceptacji. Chociaż obiektywnie rzecz biorąc  byłam szczupła. Musiałam być, chociaż wcale tego tak nie pamiętam.
Nasuwa mi się smutna odpowiedz. To winna innych kobiet. Nie tych z okładek, nie tych przerobionych przez komputer, wygładzonych i odessanych. Na nasze postrzeganie siebie wpływają bliskie relacje, najbliższe środowisko.  To my same wywieramy na siebie presję. Jak trzeba się ubierać, co można, kto jest wystarczająco chudy, a kto gruby. To później mutuje  w naszych myślach i żyjemy z wytatuowanymi w głowie wzorcami.
Myślę, że surowość z jaką kobiety postrzegają siebie nawzajem i ta jeszcze większa z jaką oceniają własne ciała, wynika z patriarchalnego modelu społeczeństwa w jakim żyjemy. Tylko, że to my kobiety ten model musimy zmienić. I dobrze byłoby zacząć od akceptacji, z niej płynie radość bycia sobą i bycia z innymi.
Jedno zaakceptować siebie, drugie przestać oceniać inne, gdzieś po drodze odpadnie porównywanie i mamy szczęśliwe, piękne kobiety. Ktoś powie, no tak, ale ciało to nie wszystko. Pewnie, że nie wszystko, to dopiero początek. Ale bez niego ani rusz. Także: szorty, krótka sukienka, a może kolor czego potrzebujesz? Kup, włóż, zaakceptuj, pokochaj.

1 komentarz:

  1. Niedoskonałości, które jesteśmy w stanie innym wybaczyć, bardzo często trudno u siebie zaakceptować. Cellulit? Pff. "Stykające" się uda? Pff. Masywne łydki? Pffff żaden problem, nie zwrócę uwagi. Rzecz w tym, że MOJE nogi i JA ich nie pokażę. Nie są doskonałe, ale normalne i wiem, że tak jest. Ale nadal, gdzieś ten mentalny grubas we mnie siedzi i odejść nie chce. Niczego co krótkie nie założę, czy to szorty, czy koszulka bez rękawów, czasem nawet ze zwykłym t shirtem mam problem. Może po prostu urodziłam się w swetrze i zdjąć go nie potrafię. Ale życzę każdemu i każdej akceptacji siebie, bo nikt nie jest bez wad i nie będzie. Ciała nie da się zmienić, ale swoje nastawienie owszem.

    A Ty droga Klaudyno pisz dużo i często bo czyta dobrze, a nawet bardzo :)
    Do zobaczenia, Daria!

    OdpowiedzUsuń