Próbuję z całych sił zajrzeć do maleńkiej główki mojej
córki, zrozumieć co się tam dzieje, poznawać człowieka, którym jest. Nie śpię,
bo znów myślę o niej i wyzwaniu jakim jest życie dla prawie dwuletniej istoty.
Kiedy Matylda płacze, wije się na podłodze, mostkuje, bo
przed chwilą upadł jej na podłogę klocek, nie mówię jej nic się nie stało, uspokój
się (to chyba najgorsze, co można w takiej sytuacji powiedzieć i dziecku, i
dorosłemu), nie próbuję odwracać jej uwagi od emocji, które przeżywa.
- Jestem przy tobie, mogę cię przytulić lub posiedzieć tu
obok.
Brak reakcji. Płacze. W trakcie rzucania uderzyła się w głowę.
Chciałbym żeby przestała płakać, żeby się uśmiechnęła i bawiła dalej. Chciałabym
móc wyjść do kuchni zrobić sobie kawę, o której marzę od dwóch godzin. Chciałbym też dać jej to, czego potrzebuje w
tej chwili
-Jesteś zła. Upadł twój kolec i uderzyłaś się. Mogę ci podąć
klocek. Pokażesz, gdzie cię boli?
Brak reakcji.
-Może przyjdziesz tu do mnie. Razem będzie nam łatwej. Mogę
cie przytulić.
Wyciąga rączki. Przytulamy się. Wycieram łzy z malutkich policzków.
Oddech powili wraca do normy. W głowie tłucze się pytanie: co się właściwe
stało? Szukam odpowiedzi, może jest zmęczona, może głodna, może się nie wyspała.
To ślepa uliczka. Odpowiedz jest łatwiejsza, po prostu się zdenerwowała.
Oczywiście, że czasami jesteśmy na zdenerwowanie bardziej podatni czasami
mniej, ale to bez większego znaczenia. Problem w tym, by zaakceptować, że
dwulatek nie umie mówić o tym co czuje, umie płakać, tupać, szarpać, uderzać, gryźć
i kilka innych rzeczy, ale nie umie powiedzieć: jestem wściekła, bo ten klocek
upadł mi już dziesięć razy, a do tego, kiedy chciałam uporać się z tymi emocjami
uderzyłam się w głowę. Powiem więcej większość dorosłych tego nie potrafi. Bo
wyrażanie złości to trochę temat tabu, tego nie wypada, to nieładnie,
niegrzecznie. Nikt nas nie uczy jak to robić, tak by nie krzywdzić siebie i innych.
Dlatego też trudno nam zaakceptować wkurzonego kilkulatka. Szukamy tłumaczenia
i próbujemy zatuszować ślady złości. Staram się w to nie iść. I nawet, kiedy
nie wiem co powiedzieć. Po prostu jestem z nią, by wiedziała, że moja miłość
jest stała, kocham ją nawet, gdy jest zła. Czasami muszę czegoś zabronić, więc mówię:
rozumiem, że jesteś zła, ale nie chcę żebyś wkładał to do kontaktu, bo może stać
ci się krzywda. I przytulam, kiedy jest już na to gotowa.
Trochę gorzej idzie nam w druga stronę. Bo przecież my też
bywamy na nią źli, wkurzeni, wściekli. Jak to powiedzieć tej kruszynie? Chcę,
by Matylda znała nas całych, niewystudiowanych, nieocenzurowanych. Może tak jak
załatwiamy to miedzy sobą.
W skutek nieporozumienia i niedogadania pokłóciliśmy
się dziś z dużym M. Po wymianie pierwszych
zdań zaczynających się od „bo Ty…” Zatrzymałam się (w sensie dosłownym też,
rozmawialiśmy przez telefon, a ja byłam z M i psami na spacerze i stanęłam, by
w tym potoku słów też przystopować)
-Daj mi chwilę, teraz to nie ma sensu. Jestem zła, wściekła.
Jedyne co ma ochotę ci mówić to różne brzydkie słowa na p i k. Idę do parku, przyjdź.
Przyszedł. Z przyzwyczajenia próbuje ustalić winnego, a właściwie
niewinnego. Kolejna ślepa uliczka w kłótniach. Nie ma winnych, a ich ustalanie
do niczego nie prowadzi.
-Jestem wściekła, bo mój dzień nie wyglądać tak jak miał wyglądać,
ale wiem ze to nie twoja wina.
Rozmawiamy. O szkole, wykonanej pracy. Przytulamy się, kiedy
jestem gotowa. Wyciągam ręce, teraz to widzę, jak Matylda. Dostałam przestrzeń
na moją złość, tak jak kilka godzin wcześniej dałam ją mojej córce. I to były piękne
złości, piękne, bo nikogo nie skrzywdziły, przepłynęły i poszły sobie. Ani
Matylda, ani ja już o nich nie pamiętamy. Przepuszczone nie gryzą, nie zatruwają,
nie psują relacji. Piękne złości potrzebują przestrzeni.
Tego bym cię chciała nauczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz