poniedziałek, 22 czerwca 2015

Konsekwentnie niekonsekwentna

Często słyszę, że z dziećmi trzeba postępować tak jak z psami, przede wszystkim stosować żelazną konsekwencję. Nie lubię być konsekwentna, także patrzę na tę sprawę bardzo subiektywnie, ale myślę i myślę i w żaden sposób nie mogę się z tym zgodzić.
Mam dwa psy i jedno dziecko i nie przyszłoby mi do głowy, by traktować je tak samo, według tych samych zasad. Wydaje mi się, że behawioryzm jaki stosujemy najczęściej w relacji z naszymi psami nie jest najlepszą drogą do budowania relacji z innymi ludźmi.
W budowaniu porozumienia z psem chodzi o prostą zależność bodziec – reakcja. Mówimy siadaj, pies siada, mówimy do mnie, pies przybiega itp. (to znaczy takie jest założenie :). Konsekwencja, stałość, powtarzalność to droga do celu – dobrej relacji z psem. Stosując się do kilku zasad, które przeczytamy w mądrej książce lub usłyszymy  od psiego behawiorysty, możemy zbudować dobry kontakt z czworonogiem i dać mu poczucie bezpieczeństwa. Przyda się też opanowanie, zachowanie kamiennej twarzy, gdy naszego przyjaciela roznoszą emocje. Gdy nasz pies skacze, szczeka i wychodzi z siebie na widok na przykład mężczyzn w kapeluszu, warto zachować spokój, pokazać „mnie to nie wzrusza, także wiedz, że nic się nie dzieje”.  A przede wszystkim warto w tym być konsekwentnym, to daje dobre rezultaty. Wiem, bo moi ulubieni sąsiedzi są bardzo konsekwentni wobec swego psa i ich pies jest troszkę inny od moich :). Kocham bardzo moje psiaki, więc na określeniu „inny” pozostanę :).
Można byłoby pomyśleć sobie skoro bycie konsekwentnym sprawdza się w przypadku zwierząt, czemu nie przenieś tego na relację z dzieckiem? Bodziec – reakcja, sztywne zasady, kara, nagroda. Dlaczego mówię temu nie? Bo pies to nie jest dziecko, pies to  nie jest człowiek. Z całą moją bezgraniczną miłością wobec zwierząt, z całkowitym uznaniem ich podmiotowości. Ludzkie szczenię potrzebuję ludzkiej matki i ojca, pies potrzebuje odnaleźć się w psim stadzie, nawet jeśli jest w nim jedynym psem.
Jeśli chcemy, by pies wykonywał konkretną czynność, musimy nagradzać go za jej zrobienie, dawać smaczka, głaskać, pozwalać na zabawę, chwalić. Uczymy psa siadać, kiedy się udaje mówimy doooobry pies i dajemy smakołyk. Czy to zadziała w przypadku dziecka? Nie, dziecko samo nauczy się siadać.  Głupi żart. Ale może pozwoli coś wyjaśnić. Dziecko w rodzinie to ryba w wodzie, jest w swoich naturalnych warunkach i właściwie oprócz wspierającej, rodziny nic mu więcej do rozwoju nie potrzeba (na początku). Pies w rodzinie to wyrwany z lasu wilk, który musi ponaginać swoją naturę, by móc żyć w zgodzie z ludźmi, by mu to ułatwić można stosować na przykład elementy pozytywnej tresury.
Dziecko nie potrzebuje tresury, nauki, wychowania, ono jest gotowe do podjęcia wyzwania jakim jest życie.  A życie nie jest konsekwentne i nie trzyma się zasad. Choć dorosłym tak trudno jest w to uwierzyć, dzieci potrafią się uczyć od nas, same bez specjalnych reguł, zasad. Wystarczy z nimi być.
Budowania relacji z dzieckiem nie da się sprowadzić do zależności bodziec – reakcja. Jeśli chcemy dziecko czegoś nauczyć, musimy dawać przykład i tłumaczyć, dawać przykład i tłumaczyć, bez końca. Jeśli chcemy nauczyć szczeniaka, że nie wolno mu wchodzić do salonu, nie musimy spędzać z nim każdej chwili na jego posłaniu w przedpokoju. A jeśli chcemy, by nasze dziecko było dobrym człowiekiem, nic tak dobrze nie zadziała jak dawanie przykładu.
Myślę, że dziecko należy traktować jak partnera ważnego i trudnego przedsięwzięcia.  W tym przypadku tym przedsięwzięciem jest jego zdolność do bycia szczęśliwym. Bo to właściwe jest sedno różnicy. Stosując pewne zasady, metody wobec psów zajmujemy się ich zachowaniem tu i teraz. Ma to na celu ułatwienie nam życia, ale i spowodowanie, że psu będzie z nami dobrze tu i teraz. A w byciu z dzieckiem nie chodzi o to, by ono ładnie jadło łyżeczką, by zawsze sprzątało zabawki i by miało piątki na świadectwie, tu chodzi o coś znacznie ważniejszego. Mnie zależy na tym, by Matylda umiała być szczęśliwa. Mam nadzieję, że niekonsekwencja, brak zasad*, autentyczność i empatia jej w tym pomogą.
*brak zasad to nie brak granic



piątek, 19 czerwca 2015

Ja się złoszczę, ty się złościsz, Matylda się złości, złościmy się



Próbuję z całych sił zajrzeć do maleńkiej główki mojej córki, zrozumieć co się tam dzieje, poznawać człowieka, którym jest. Nie śpię, bo znów myślę o niej i wyzwaniu jakim jest życie dla prawie dwuletniej istoty.
Kiedy Matylda płacze, wije się na podłodze, mostkuje, bo przed chwilą upadł jej na podłogę klocek, nie mówię jej nic się nie stało, uspokój się (to chyba najgorsze, co można w takiej sytuacji powiedzieć i dziecku, i dorosłemu), nie próbuję odwracać jej uwagi od emocji, które przeżywa.
- Jestem przy tobie, mogę cię przytulić lub posiedzieć tu obok.
Brak reakcji. Płacze. W trakcie rzucania uderzyła się w głowę. Chciałbym żeby przestała płakać, żeby się uśmiechnęła i bawiła dalej. Chciałabym móc wyjść do kuchni zrobić sobie kawę, o której marzę od dwóch godzin.  Chciałbym też dać jej to, czego potrzebuje w tej chwili
-Jesteś zła. Upadł twój kolec i uderzyłaś się. Mogę ci podąć klocek. Pokażesz, gdzie cię boli?
Brak reakcji.
-Może przyjdziesz tu do mnie. Razem będzie nam łatwej. Mogę cie przytulić.
Wyciąga rączki. Przytulamy się. Wycieram łzy z malutkich policzków. Oddech powili wraca do normy. W głowie tłucze się pytanie: co się właściwe stało? Szukam odpowiedzi, może jest zmęczona, może głodna, może się nie wyspała. To ślepa uliczka. Odpowiedz jest łatwiejsza, po prostu się zdenerwowała. Oczywiście, że czasami jesteśmy na zdenerwowanie bardziej podatni czasami mniej, ale to bez większego znaczenia. Problem w tym, by zaakceptować, że dwulatek nie umie mówić o tym co czuje, umie płakać, tupać, szarpać, uderzać, gryźć i kilka innych rzeczy, ale nie umie powiedzieć: jestem wściekła, bo ten klocek upadł mi już dziesięć razy, a do tego, kiedy chciałam uporać się z tymi emocjami uderzyłam się w głowę. Powiem więcej większość dorosłych tego nie potrafi. Bo wyrażanie złości to trochę temat tabu, tego nie wypada, to nieładnie, niegrzecznie. Nikt nas nie uczy jak to robić, tak by nie krzywdzić siebie i innych. Dlatego też trudno nam zaakceptować wkurzonego kilkulatka. Szukamy tłumaczenia i próbujemy zatuszować ślady złości. Staram się w to nie iść. I nawet, kiedy nie wiem co powiedzieć. Po prostu jestem z nią, by wiedziała, że moja miłość jest stała, kocham ją nawet, gdy jest zła. Czasami muszę czegoś zabronić, więc mówię: rozumiem, że jesteś zła, ale nie chcę żebyś wkładał to do kontaktu, bo może stać ci się krzywda. I przytulam, kiedy jest już na to gotowa.
Trochę gorzej idzie nam w druga stronę. Bo przecież my też bywamy na nią źli, wkurzeni, wściekli. Jak to powiedzieć tej kruszynie? Chcę, by Matylda znała nas całych, niewystudiowanych, nieocenzurowanych. Może tak jak załatwiamy to miedzy sobą.
W skutek nieporozumienia i niedogadania pokłóciliśmy się  dziś z dużym M. Po wymianie pierwszych zdań zaczynających się od „bo Ty…” Zatrzymałam się (w sensie dosłownym też, rozmawialiśmy przez telefon, a ja byłam z M i psami na spacerze i stanęłam, by w tym potoku słów też przystopować)
-Daj mi chwilę, teraz to nie ma sensu. Jestem zła, wściekła. Jedyne co ma ochotę ci mówić to różne brzydkie słowa na p i k. Idę do parku, przyjdź.
Przyszedł. Z przyzwyczajenia próbuje ustalić winnego, a właściwie niewinnego. Kolejna ślepa uliczka w kłótniach. Nie ma winnych, a ich ustalanie do  niczego nie prowadzi.
-Jestem wściekła, bo mój dzień nie wyglądać tak jak miał wyglądać, ale wiem ze to nie twoja wina.
Rozmawiamy. O szkole, wykonanej pracy. Przytulamy się, kiedy jestem gotowa. Wyciągam ręce, teraz to widzę, jak Matylda. Dostałam przestrzeń na moją złość, tak jak kilka godzin wcześniej dałam ją mojej córce. I to były piękne złości, piękne, bo nikogo nie skrzywdziły, przepłynęły i poszły sobie. Ani Matylda, ani ja już o nich nie pamiętamy. Przepuszczone nie gryzą, nie zatruwają, nie psują relacji. Piękne złości potrzebują przestrzeni.
Tego bym cię chciała nauczyć. 


sobota, 13 czerwca 2015

Kary i nagrody



Będąc w ciąży, zastanawiałam się, jak będziemy wychowywać córkę. Obserwowałam naszych znajomych i rozważałam, czy ich podejście jest dla mnie, dla nas, odpowiednie. Teraz, gdy nasza córeczka ma prawie pięć miesięcy, uświadamiam sobie, że czas na zastanawianie się skończył. Teraz trzeba działać, bo to dzieje się już teraz – wychowujemy.

Rodzicielstwo to ciągłe pytania, rozterki, wybory
Spać z dzieckiem czy nie, nosić w chuście czy wozić w wózku, szczepić czy nie szczepić itd. Kilka  takich dylematów mamy już za sobą, wiele jeszcze przed nami. Tym razem jeden z największych. Bo co to znaczy wychowywać?
Mówi się o dzieciach dobrze lub źle wychowanych, jakie to dzieci? Co to znaczy, że dziecko jest grzeczne? Na przykład: nie płacze, sprząta klocki po zakończonej zabawie i nie wchodzi na stół? Inaczej mówiąc: grzeczne dziecko to takie, które spełnia nasze oczekiwania. Tylko dlaczego miałoby je spełniać? Przecież ten mały człowiek, który pojawił się w naszej rodzinie, jest autonomiczną jednostką; czy ktoś chciałby żyć nieustanie spełniając czyjeś oczekiwania? Dlaczego nasze dzieci miałby tak funkcjonować? No tak, ale jednak fajniej mieć dziecko, które rzadko płacze, sprząta po zabawie i nie wchodzi na stół. I co z tym fantem zrobić? Jak wychowywać, by nie ograniczać, ale jednocześnie gdzieś wokół grzeczności oscylować?
Bez kar i nagród
Z pomocą może nam przyjść wypracowany system kar i nagród. Ale mnie na sam dźwięk słowa „kara” przechodzą dreszcze. Bo w teorii to wszystko wygląda super, ale przejdźmy do praktyki. Jak niby taka kara ma wyglądać i czy kara może czegokolwiek uczyć? Bo mnie się wydaje, że najlepiej uczymy się wtedy, kiedy jest nam miło, przyjemnie, bezpiecznie. Kara już z samej swej natury zaburza dobre samopoczucie, zaburzy też moim zdaniem proces uczenia się. Karą może być odebranie przyjemności, upomnienie. Nie posprzątasz – nie obejrzysz bajki, nie lubię dzieci, które nie sprzątają… Tak ma wyglądać kara? Jakoś tego nie widzę. Jeśli dziecko nie sprząta po skończonej zabawie, ukaranie go nic nam nie pomoże. To co zrobić, by chciało sprzątać? Jak nie kara, to może nagroda? Tu też mam opory. Posprzątaj, to obejrzysz bajkę – przekupstwo. Lubię, kiedy tak ładnie sprzątasz – a gdzie miejsce na bezwarunkową akceptację? Kocham moje dziecko zawsze, nawet wtedy, kiedy nie posprząta po zabawie. Nie chcę w naszych relacjach przekupstwa, straszenia, chcę dawać poczucie bezpieczeństwa, budować poczucie wartości i samodzielność. Coś mi się to z tymi karami i nagrodami zgodzić nie chce.
Kiedy kilka tygodni temu nasze popołudnia zdominowane były przez ataki kolki, nosiłam córeczkę w objęciach i jak mantrę powtarzałam: kocham cię. Chciałam, by czuła, że choć nie umiem jej pomóc, jestem z nią w tym płaczu. Akceptowałam ją w pełni, otaczałam opieką, starałam się utulić w płaczu. Cieszę się, że nie zostawiłam jej wtedy samej, nie odkładałam, aż się wypłacze. Przeszłyśmy przez to razem, czuję, że coś się między nami, dzięki temu, zbudowało. Ten płacz był naszym wspólnym problem i razem musiałyśmy stawić mu czoła. Bałagan po zabawie to też nasz wspólny problem. I tak bym wolała to widzieć, bo jeśli spojrzymy na niechciane zachowanie (bałaganienie, odmowa współpracy przy ubieraniu, jedzeniu) jako na wspólny problem, to nie będzie tu miejsca na kary i nagrody. Będzie miejsce na negocjacje, z kolką nie można było negocjować, ale z partnerem, którym jest nasze dziecko – chyba można? Nie wiem. Tak sobie to wymyśliłam.
Zasady od wewnątrz
Jest jeszcze coś: zasady, ale nie takie, za których łamanie grozi kara, ale takie, których się trzymamy, bo się kochamy i szanujemy. Zasady, które mają swoje źródło wewnątrz, nie na zewnątrz, i których po prostu chce się przestrzegać. Może jeśli od początku będziemy sprzątać po zabawie, jeśli w czas przeznaczony na zabawę będzie wkalkulowany czas na sprzątanie, to obie zapragniemy porządku… Uśmiecham się do swoich słów, bo nie wiem, czy tak będzie. Przed nami jeszcze długa droga, pytamy, szukamy, zastanawiamy się, ale już wiemy, że kary i nagrody są nie dla nas. Zbyt często myli się uczenie konsekwencji z karaniem i nagradzaniem.
Córeczko, nawet jeśli nie posprzątasz tych klocków, ja będę cię kochać tak samo mocno. I bardzo chcę wiedzieć jak najlepiej wtedy postąpić, daj mi jeszcze trochę czasu…

Napisałam ten tekst kilka miesięcy. Trochę się u nas od tamtej pory pozmieniało, na przykład wiem już, że chyba obie mamy w nosie sprzątanie :), szkoda nam na nie czasu. A co do kar i nagród, coraz mocniej utwierdzam się w poczuciu, że nie są nam do niczego potrzebne. Matylda kończy dziś 21 miesięcy nigdy nie była ukarana ani nagrodzona, po prostu ją kochamy, rozmawiamy, przytulamy, jesteśmy po partnersku.

 

Matylda - instrukcja obsługi


1.Traktuj mnie jak człowieka. To, że jestem mała nie oznacza, że jakoś bardzo się od ciebie różnię. Mam takie same potrzeby. Pamiętaj jednak, że to ty jesteś w naszej relacji dorosłym – tym dojrzałym. Nie obarczaj mnie odpowiedzialnością za naszą relację, na to akurat (i tylko na to) jestem za mała.

2.Nie myl moich potrzeb z zachciankami. Potrzebuję bliskości, miłości, jedzenia (tylko wtedy gdy jestem głodna, mamo). Ale jeśli wydłubuję baterię z pilota, możesz być pewien, że to moja zachcianka. Możesz mi go zabrać, ale wytłumacz dlaczego i przytul mnie, jeśli będę opłakiwać stratę (bo to moja potrzeba).

3.Pokaż mi , gdzie są granice. Te związane z bezpieczeństwem (nie pozwól mi wkładać nic do kontaktu) i te twoje. Jeśli nikt cię nigdy nie nauczył, gdzie są twoje granice, może nasza relacja pomoże ci je odnaleźć. Jeśli pokażesz mi, że granicą mojej wolność jest twoja wolność, nauczę się empatii.

4.Nie karz i nie nagradzaj. Pomóż mi kształtować motywację wewnętrzną. Tak bym sama kiedyś chciała coś robić i by dawało mi to prawdziwą radość. Ucz mnie żyć dla siebie, nie dla innych. Kiedy rysuje, to ma sprawiać radość mnie, nie tobie. Też lubisz rysować, weź sobie drugą kartkę i rysuj po swojemu, ale mnie zostaw przestrzeń do wyrażania siebie.

Żadna kara niczego mnie nie nauczy, a nagroda to tylko jej przebranie. Karanie stresuje, a w stresie człowiek nie przyswaja nic nowego. Nagroda uczy bycia interesownym, a jej brak to rodzaj kary. Bijesz mi brawo, kiedy zrobię siku na nocnik, a kiedy mi się nie uda? „Karny jeżyk” czyli chwile osamotnienia to też kara. Nie nauczę się niczego w samotności, a brak ciebie to dla mnie wielka przykrość. By zrozumieć, co robię źle, potrzebuje twojego wsparcia, wytłumacz mi, nawet jeśli myślisz, że cię nie słucham. Rozumiem więcej niż ci się wydaje. Tłumacz i bądź cierpliwy.

5.Nie chwal, zauważaj. Nie mów: ślicznie, pięknie, brawo (chciałbyś ciągle słyszeć kilka tych samych słów od osób, które kochasz?). Nazywaj to co robię i pomóż mi odnaleźć się w świecie moich uczuć, pokaż, że jesteś ze mną. Mów: „widzę, że rysujesz i sprawia ci to dużą przyjemność.” „ Zrobiłaś siusiu na nocnik”. „Jesz łyżeczka. To wygodne, ale bardzo wymagające zadanie”.

6.Jeśli nie wiesz jak się zachować pomyśl jak ty byś chciał być potraktowany w danej sytuacji. Okazując mi empatię uczysz mnie być dobrym człowiekiem.

7.Nie zaprzeczaj moim uczuciom, tylko ja wiem co czuję i moje emocje są faktem. Jeśli im zaprzeczysz one nie znikną, nauczysz mnie, że są nieważne (nie rób mi takiej krzywdy, nawet jeśli tobie ktoś ją zrobił). Nie mów: nie płacz. W płaczu nie ma nic złego (w twoim też), on pomaga wyrazić emocje.

8.Nie bój się mojej złości. Złość to jedna z emocji. Nie ma złych i dobrych emocji. Daj mi przeżyć moją złość, pomóż ją nazwać. Powiedz (kiedy leżę na podłodze i płaczę)”Widzę, że jesteś zła, złościsz się. Jeśli tylko chcesz, mogę cię przytulic. Jeśli nie jesteś jeszcze gotowa, poczekam.” Zastanów się, co mnie zezłościło i pomóż nazwać problem. Pamiętaj nie oczekuję od ciebie rozwiązania, chcę tylko byś był ze mną i moimi uczuciami.

9.Nie bój się swojej złości. Powiedz: „ jestem zły, jestem wściekły”, pokaż mi jak wyrazić złość i nie krzywdzić innych. Nie krzycz, mów o swoich uczuciach. Nie oceniaj mojego postępowania, to do niczego nie prowadzi, po prostu mów, co czujesz. Pokaż mi, że dorośli też czasami się denerwują, nie udawaj przede mną świętego.

10.Nie podnoś na mnie głosu, po prostu tłumacz. Problem z cierpliwością? Policz do 10 zanim otworzysz buzię.

11.Mam prawo mieć gorszy humor, ty też. Po prostu raz mamy dobry dzień, raz gorszy. Zaakceptuj to u mnie i u siebie też

12.Nie dawaj mi słodyczy i śmieciowego jedzenia. Chyba nie muszę tłumaczyć dlaczego. Chcę być zdrowa, pomóż mi w tym.

13.Nie włączaj mi bajek i TV. Jestem jeszcze za mała, by zrozumieć bajki czy TV. To dla mnie zbyt dużo bodźców. Poczekaj, jeszcze trochę.

14.Przytulaj mnie, zawsze gdy tego chcę. To twój obowiązek, być dla mnie. Jeśli nie czujesz tego, przemyśl sobie naszą relację i zbadaj swoje uczucia. I przytulaj, bądź ze mną, kiedy tego potrzebuję.

15.Noś mnie na rękach, widzę wtedy świat z twojej perspektywy, to mnie ciekawi, a czasami po prostu chcę być blisko. Masz nosidło, nie wymówisz się bolącymi plecami.

16.Spaceruj ze mną. Powinnam być dużo na świeżym powietrzu, bo to dla mnie zdrowe (nawet gdy jest zimno lub pada deszcz – nie jestem z cukru i mam kalosze). Pokazuj mi świat, opowiadaj. Pamiętaj czasami w parku jest ciekawiej niż na placu zabaw.

17.Czytaj mi.

18.Baw się ze mną  i ucz mnie życia, ale nie musisz być animatorem 24 na dobę. Po prostu pozwól mi robić z tobą życie.

19.Nie strasz mnie (że mnie zostawisz, że mi czegoś nie dasz) partnerzy się nie straszą, partnerzy rozmawiają. Nie mów „nie bój się”, kiedy widzisz, że się boję, nie mów „nie płacz, nic się stało”. Traktuj mnie i moje odczucia poważnie. Chciałbyś żeby ktoś negował twoje i wmawiał ci, że czujesz inaczej niż czujesz?

20. Zostawiam dla ciebie może cos dopiszesz.
21 i 22 zostawiam puste dla siebie, ja też pewnie jeszcze coś dodam
23. Ostanie i najważniejsze:

kochaj mnie bezgranicznie i bezwarunkowo i ciesz się tą miłością każdego dnia.













piątek, 12 czerwca 2015

Szorty



Kupiłam sobie szorty do biegania. Niby normalna rzecz. Zaczęłam biegać, kupiłam buty, dobre skarpety i szorty.  Zwykłe sportowe szorty, dobrze oddychają, przewiewne, z kieszonką na klucze.
Może to niewielki krok dla przemysłu odzieżowego, ale dla mnie gigantyczny. I tak jakbym się go trochę nie spodziewała, zaskoczył mnie ten zakup. Tak jakby druga Klaudyna, trochę jak Filip z konopi, wyskakuje i mówi: masz tu szorty do biegania, krótkie, króciutkie, gołe nogi, goluśkie. I  ja w tych szortach, z tymi gołymi nogami biegnę do parku i myślę. Bo zakup szortów musiał się skończyć myśleniem i to na poważnie.
Ale może od początku. 
Odkąd pamiętam nienawidziłam swoich nóg, grube, bardzo grube, niezgrabne i takie w ogóle do bani. Czasami lubiłam myśleć, że ich nie ma, że ich nie widać. Schowane dobrze pod długimi spodniami, nawet w największy upał, stawały się niewidzialne. Spódniczka tylko razem z rajstopami. Gołe nogi to był oksymoron.
Za nogami przyszyła kolej na resztę. Z czasem uznałam, że właściwie to cała jestem za gruba. I tak zaczęła się przygoda z dopasowywaniem mojego ciała  do niedościgłych wzorców. Chudłam i czasami nawet spełniałam swoje wygórowane oczekiwania. Nogi nigdy, nawet gdy waga wskazywała akceptowane przeze mnie wartości, nogi były złe, brzydkie i do schowania.
Kilka lat temu rzuciłam palenie i przytyłam. Tak się czasami dzieje, zmienia się przemiana materii i kilogramy wskakują. Starałam się z całych sił zaakceptować swój nowy wygląd. Porzuciłam stare ideały. Bez papierosów, które pomagały zabić głód, nie miałam szans być znowu chuda. Trudno było mi wypracować na to zgodę. Miałam poczucie, że, rezygnując z bycia chudą, tracę coś cennego. Tak jakbym się rozstawała z jakąś ważną częścią siebie.
Jakiś czas temu zmieniałam dietę na wegańską i troszkę schudłam. Biegam i znów trochę waga spadła. Ale to są zmiany kosmetyczne. Między mną teraz a tą sprzed lat jest 10 - 12 kilogramów różnicy.
To straszne, ale kiedyś, kiedy ważyłam 50 kilogramów, myślałam o sobie GRUBA i nienawidziłam swoich nóg, a przybranie na wadze było dla mnie końcem świata.
Dziś ważę sześćdziesiąt dwa kilogramy słownie, a mój świat się nie skończył, czasami mam wrażenie, że on się dopiero zaczyna. W szafie mam szorty do biegania, a teraz kiedy piszę ten tekst, to myślę sobie, że zakupię jeszcze jedne, takie do chodzenia po ulicy. I będę wam wszystkim, zmory moje, pokazywać moje piękne nogi, które biegają 10 km w godzinę, i które kocham tak bardzo.
Można się teraz zastanawiać (ja się zastanawiam :) dlaczego taki ktoś jak ja, przeciętny, niegruby, niechudy, dał sobie wmówić, że jest nietaki, do przeróbki, do zmiany. Jak to się stało, że przez prawie 15 lat katowałam się dietami i tkwiłam w ciągłym baraku akceptacji. Chociaż obiektywnie rzecz biorąc  byłam szczupła. Musiałam być, chociaż wcale tego tak nie pamiętam.
Nasuwa mi się smutna odpowiedz. To winna innych kobiet. Nie tych z okładek, nie tych przerobionych przez komputer, wygładzonych i odessanych. Na nasze postrzeganie siebie wpływają bliskie relacje, najbliższe środowisko.  To my same wywieramy na siebie presję. Jak trzeba się ubierać, co można, kto jest wystarczająco chudy, a kto gruby. To później mutuje  w naszych myślach i żyjemy z wytatuowanymi w głowie wzorcami.
Myślę, że surowość z jaką kobiety postrzegają siebie nawzajem i ta jeszcze większa z jaką oceniają własne ciała, wynika z patriarchalnego modelu społeczeństwa w jakim żyjemy. Tylko, że to my kobiety ten model musimy zmienić. I dobrze byłoby zacząć od akceptacji, z niej płynie radość bycia sobą i bycia z innymi.
Jedno zaakceptować siebie, drugie przestać oceniać inne, gdzieś po drodze odpadnie porównywanie i mamy szczęśliwe, piękne kobiety. Ktoś powie, no tak, ale ciało to nie wszystko. Pewnie, że nie wszystko, to dopiero początek. Ale bez niego ani rusz. Także: szorty, krótka sukienka, a może kolor czego potrzebujesz? Kup, włóż, zaakceptuj, pokochaj.