Zaczynam powoli, ciężko. Mam wrażenie, że każda moja noga
waży sto kilogramów. Dwa pierwsze kilometry są najgorsze. Myślę: dziś nie dam
rady, dziś nie pobiegnę. Trzeci kilometr jest trochę lepszy, nogi już nie bolą
i mam wrażenie jakby coś we mnie w środku odpuszczało, ok, biegniemy – godzi
się moje ciało i w ślad za nim idzie umysł. Otwieram się na wysiłek, przyjmuję
zmęczenie i zaczynam cieszyć się każdym krokiem. Z każdym oddechem jestem coraz
bardziej sobą. Bieganie uświadamia mi jak długą przeszłam drogę, jak z osoby,
która zawsze jest krok za swoim ideałem, która nigdy nie jest taka jak być
powinna i zawsze jest gorsza, stałam się SOBĄ. W czasie biegu liczę się tylko
ja, prostuje myśli, zaciągam się wiosną i już wiem, że nie muszę być lepsza, że
jestem wystarczająco dobra. Zdobyłam ten stan ciężką pracą, ale to właśnie
samotny wysiłek fizyczny mi to uświadomił.
Jeszcze kilometr, dwa i poczuję, że nie biegnę sama. W tej
myśli, w której tak mocno czuję swoją doskonałą niedoskonałość biegnie ze mną
Matylda, której pojawienie się w moim życiu dało mi siłę i wszelkie supermoce.
Biegnie ze mną Michał, jego kroków nie zmieszczę w żadnych słowach, a bez nich
mój bieg byłby wciąż piątką zamiast dychy. Słyszę kroki moich rodziców,
przyjaciół. Wszystkich, którzy byli, są. Mam wrażenie, że w biegu wspiera mnie
cała moja przeszłość. Biegnie ze mną naprawdę spory tłum :) Przybijamy piątki i
lecimy już ósmy kilometr. I razem z tą przeszłością staję się sobą tu i teraz.
Gdzieś na szarym końcu, ledwo łapiąc oddech, człapią ci,
których tak bardzo chciałam kiedyś zapomnieć. Biegną… i tak już będzie zawsze.
Nie zmuszam się już do wybaczenia, bo nie zasłużyli. A może inaczej moje
krzywdy są niewybaczalne. Chcę je
uszanować, pamiętać, bo one mnie też zbudowały. Nie wybaczam więc, pamiętam,
wbrew pozorom to właśnie daje mi wolność.
Zaczynam dziesiąty kilometr i już wiem, że dziś znów się
udało. Biegnę po siebie, po Was, po moje życie, które na mecie jaśniej jej
uśmiechem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz