poniedziałek, 14 września 2015

Zabawa bez cyrku



Moja córka dostała od wujka wiatraczek, taki papierowy na patyczku. Biega z nim po mieszkaniu i goni Lunę, śmieje się przy tym w głos. Cieszy ją, że pies przed nią ucieka, że szczeka i chowa się w swojej budce. Rozumiem jej radość, ale czuję potrzebę, by jak najszybciej przerwać ten CYRK.
Chwytam Matyldę w locie i proszę, by się na chwilę przy mnie zatrzymała. Mówię, że Luna boi się wiatraczka i że ja nie chcę, by straszyła naszego psa. Kiedy ty się czegoś przestraszysz nie jest ci przyjemnie, przybiegasz do mnie, by się przytulić. Pieskowi też nie jest przyjemnie, gdy się boi – tłumaczę. Matylda odpuszcza. Pewnie do następnego razu, gdy znów ścierać się będą jej potrzeby i naszych czworonogów. Robię jednak co mogę, by za dwa trzy lata moja córka rozumiała dlaczego nie chodzimy do ZOO i nie kupimy biletu do cyrku. Co ma z tym wspólnego nasz pies?
Dzieci mają wrodzoną potrzebę bycia ze zwierzętami, lubią, chcą, cieszy je ich towarzystwo. W tej relacji (jak z resztą w każdej innej) podążają za swoimi potrzebami. Robią to, co je ciekawi i bawi. Matylda na przykład potrafi pokazać mi, że psia miska na wodę jest pusta. Robi to, bo lubi nalewać wodę i patrzeć jak psy piją. Kiedy woła: picu Luna, to nie znaczy, że rozumie psie pragnienie i wie, że pies potrzebuje wody w upalany dzień. By wyszła poza swój punkt widzenia potrzebny jest jej głos dorosłego, który spróbuje rozbudzić empatię.
Nie dziwi mnie, że większość dzieci uważa, że zwierzęta gospodarskie są szczęśliwsze niż te żyjące na wolności, na przykład w lesie. Przecież pięciolatek lepiej czuje się w domu, pod opieką rodziców, niż zostawiony sam sobie w lesie (jak Jaś i Małgosia). To dorośli muszą wytłumaczyć dzieciom w jaki sposób zwierzęta realizują swoje potrzeby. Niedźwiedzica czuje się szczęśliwa ze swoimi młodymi, wędrując po górskim zboczu w poszukiwaniu pożywienia. Mała Kasia woli lekcje baletu niż wielogodzinną wędrówkę po Tatrach. Kiedy dziewczynka zobaczy  tańczącą w  cyrku niedźwiedzicę może uznać, że wszystko jest ok. To nasza rola, by jej wyjaśnić jak jest naprawdę.  Wydaje mi się, że to w jaki sposób rozmawiamy z dziećmi o potrzebach ma ogromny wpływ na ich stosunek do zwierząt. Wszystko zaczyna się bardzo wcześnie.
 Zwierzęta są w naszej kulturze po to, by z nich korzystać. Jeśli chcemy to zmienić (ja chcę), musimy uczyć nasze dzieci, że może być inaczej. Musimy budować z naszymi dziećmi świat oparty na szacunku i zrozumieniu.
 Mama rocznego berbecia zabiera go do parku, by pokazać ptaszki pływające po stawie. Słodki obrazek, czy można się do czegoś doczepić. Z torby wyjmuje suchy chleb. Żeby kaczki podpłynęły trzeba mieć coś na przynęta. Czy ta mama wie, że wodne ptactwo nie powinna jeść pieczywa, że to im bardzo szkodzi, ze dokarmiając kaczki (i każde inne ptaki) zaburza pewną równowagę. Mnie się wydaje, że powinno to wyglądać inaczej. Też oglądam ptaki z mają córką i też bym chciał żeby Matylda czerpała z tego dużo radości. Ale to oglądanie to tak przy okazji, ważniejsze jest by zrozumieć kto to jest ten ptak, co lubi, czego nie lubi, co jest dla niego dobre. Łabędzie karmione frytkami nie wpisują mi się w lekcję empatii. A taki obrazek widziałam tego lata: babcia, wnuczki, łabędzie, frytki.
Może czepiam się trochę dokarmiania ptaków, ale moim zdaniem tu się właśnie zaczyna odwrócenie porządku: kto dla kogo? Bo jeśli dziecko nie rozumie, że łabędzie mają swoje sprawy w szuwarach i nie są stworzone do przypływania do brzegu ku radości gawiedzi, to jak ma zrozumieć, że słoń, wchodzący na stołeczek, ubrany w cekiny i dzwoneczki nie jest szczęśliwy? Przecież jest uśmiechnięty, a cały namiot bije mu brawo. Jak wytłumaczyć dziecku, że on całe życie zanurzony jest w totalnym cierpieniu? I choćby jego klatka była ze złota, a cekiny lśniły w świetle jupiterów, on cierpi każdego dnia swojego życia.
Czasami słyszę głosy na temat dobrego traktowania zwierząt w cyrku. Chcę wtedy krzyczeć: nie ma czegoś takiego, po prostu nie ma. Zwierzęta mają swoje potrzeby, tak jak my ludzie, tylko one mają swoje inne i żaden cyrk ani ZOO nie są w stanie tych potrzeb zaspokoić. Nie będę się tu rozpisywać jakie są to potrzeby, każdy gatunek ma swoją specyfikę. Przede wszystkim chodzi o przestrzeń, wolność, możliwość realizowania instynktów. Chodzi o zrozumienie, że jesteśmy inni, ale każdy ma takie samo prawo realizować swoje życie. A w szacunku jaki jesteśmy winni zwierzętom mieści się wolność od upodlenia, bólu, upokorzenia, nie mieści się tam na pewno żaden cyrk.
Luna lubi zabawę na swoich warunkach, lubi na przykład, kiedy Matylda rzuca jej piłkę. Nie lubi natomiast, kiedy ktoś ją gania, macha nieznanym przedmiotem przed nosem. Zrobię co w mojej mocy, by dwuletni szkrab biegający po naszym domu zrozumiał, że zabawa jest wtedy gdy cieszą się wszyscy jej uczestnicy. Kolejny raz będę mówić: Luna tak nie lubi, Lunę to boli itp. Bo mam poczucie, że ucząc Matyldę empatii, tworzę lepszy świat, między innymi świat bez CYRKU.



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Sukienka



Kupujemy z Matyldą wodę w osiedlowym sklepiku. Pani ekspedientka uśmiecha się do nas i mówi do M jakie masz mądre oczy, na pewno będziesz się dobrze uczył. Uczyła – delikatnie panią poprawiam – to dziewczynka. Pani sklepowa troszkę zmieszana: bo w tym wieku to jeszcze nie widać. Bardzo spokojnie mówię, że tak to jest z takimi maluszkami.
Matylda ma jeszcze krótkie włosy i kiedy strój nie podkreśla jej biologicznej płci, naprawdę można się pomylić. Nie widzę w tym żadnego problemu. Nie jest mi przykro, gdy ktoś myśli, że jest chłopcem i jestem przekonana, że Matyldzie też to nie przeszkadza. Wychodzimy ze sklepu, Matylda macha zadowolona papa.
-Bo mogłaby pani ją w sukienkę ubrać,  a nie tak w spodniach – rzuca sklepowa w naszą stronę.
Jestem zaskoczona jej słowami, jakby sobie przypomniała, że jednak to moja wina, że ona się pomyliła i musi mi to wypomnieć. Nie odpowiadam, wychodzimy. Ale zostaje niesmak. Jak to? To ja mam moje dziecko ubierać w taki sposób, by ktoś inny źle się nie poczuł, bo pomyślał, że M to chłopiec? Nie, nie.
Ale po kolei. Matylda była ubrana w spodnie i koszulkę z zielonym samochodem. Sama sobie ten strój wybrała. Nie wiem czym kieruje się Matylda w wyborze garderoby, ja kupując jej ubrania myślę o tym by były praktyczne, wygodne, dobrze się prały. Co nie znaczy że M nie ma i nie nosi sukienek. Mamy letnie tuniki, princeski a nawet suknię balową. Ale tak jak każdy człowiek, Matylda również może chodzić w spodniach, w sukienkach i w spódnicach też (za co jesteśmy obie bardzo wdzięczne pewnym paniom, które nam to, i inne prawa, kiedyś wywalczyły).
Kiedyś przyjdzie taki moment, że strój przestanie być tylko ochroną przed zimnem i zacznie w jej życiu pełnić funkcję społeczno – kulturową. Będzie wtedy sama decydowała co i jak chce nosić. Ale dziś, kiedy ma niespełna dwa latka, to naprawdę nie ma znaczenia. A właściwe powinnam napisać nie powinno mieć znaczenia. Bo płeć Matyldy (ta społeczno-kulturowa oczywiście) jest jeszcze maleńkim okruszkiem, gdzieś  z tyłu jej główki. I w tej chwili moja córeczka nie czuje się jeszcze ani kobietą, ani mężczyzną. I nie zrozumiałaby dlaczego pani w sklepie chciałaby zamienić jej ukochaną koszulkę z zielonym samochodem na koronkową sukienkę.
My natomiast nie zmierzamy Matyldzie niczego narzucać ani falbanek, ani ich braku, ani spodni, ani spódniczek. Sama sobie kiedyś znajdzie sposób na wyrażenie tego kim będzie, bez względu na to, co to będzie oznaczać. 


wtorek, 21 lipca 2015

Grzecznie – czyli jak?




Mam alergię na słowa grzeczny, grzeczna, grzecznie, szczególnie silnie objawia się gdy dotyczą dziecka.
 Co to właściwie znaczy grzecznie? Dla dziecka nic. Ono nie rozumie tego słowa i na „stój grzecznie” po prostu nie zareaguje, bo nie wie o co nam chodzi.  „Grzecznie” przypomina trochę „fajnie”. Niby wiadomo o co chodzi, ale jak się zastanowić to zostaje pusty szkielet. A takie nieprecyzyjne słowa-szkielety mają to do siebie, że każdy może oblać je czym chce, a to pierwszy krok do nieporozumień.
Czy nie jest tak, że mówiąc do dziecka „bądź grzeczny”, mówimy bądź taki jak chcę, bądź taki żeby mi nie przeszkadzać, nie bądź taki jak ty chcesz, nie chcę się teraz tobą zajmować, moje potrzeby są ważniejsze niż twoje? Czasami chodzi nam o niebieganie po sklepie, czasami o założenie butów, czasami o niepłakanie. Zawsze chodzi o zmianę zachowania dziecka lub nawet charakteru.
Przez moją alergię na to słowo staram się go nie używać. W  trudnych sytuacjach nie proszę o zmianę zachowania, bo są one wystarczająco trudne same w sobie. Zamiast prośby „bądź grzeczna”, wypracowuję w sobie gotowość do akceptacji.
Kiedy wyrzucimy z naszego słownika ten jeden wyraz, przez chwilę pojawi się pustka i może bezradność. Ale po tym przychodzi właśnie akceptacja stanu w jakim jest nasze dziecko, jego temperamentu, emocji, które przeżywa. Krok dalej czeka nas akceptacja tego co my czujemy i jacy jesteśmy w relacji z naszym dzieckiem. I zamiast oczekiwań pojawi się szczere bycie razem.
Przygotowujemy się z Matyldą do wyjścia, jesteśmy umówione na konkretną godzinę, przed wyjściem na tramwaj musimy wyprowadzić na spacer psy. Jest gorąco, ubieranie zabiera nam trochę więcej czasu niż przewidywałam. Matylda kategorycznie odmawia założenia butów. Tłumaczę jej dlaczego chciałabym, by je włożyła, że pieskom chce się siusiu i trzeba z nimi wyjść, że tatuś na nas czeka itp. Nic nie pomaga, Matylda rzuca sandały w drugi koniec przedpokoju. Chcę już wyjść, jest mi duszno i tak bardzo chciałbym, żeby Matylda była „grzeczna”, założyła buty i wyszła ze mną z domu. Milknę w moich przekonywaniach i staram się ocenić sytuację: moje chcę przeciw jej nie chcę, czy moje może w jakikolwiek sposób być ważniejsze. NIE, nie może i nie jest. Nie mówię więc „bądź grzeczna” i załóż buciki. Siadam na podłodze i pozwalam, by wylały się ze mnie emocje:
Matylda jestem zdenerwowana, chyba nawet wściekła. Chciałabym wyjść z domu, a ty nie chcesz założyć butów. Nie wiem co w tej sytuacji zrobić.
Patrzę w oczy najmądrzejszego człowieka mojego świata
Może ty masz jakiś pomysł? Co możemy zrobić w tej sytuacji?
Matylda odchodzi od drzwi, znajduję sportowe, zabudowane buty (moim zdaniem nieadekwatne do pogody, dlatego też wcześniej proponowałam sandały) i zakłada je.
Idziemy?
Tak.


poniedziałek, 22 czerwca 2015

Konsekwentnie niekonsekwentna

Często słyszę, że z dziećmi trzeba postępować tak jak z psami, przede wszystkim stosować żelazną konsekwencję. Nie lubię być konsekwentna, także patrzę na tę sprawę bardzo subiektywnie, ale myślę i myślę i w żaden sposób nie mogę się z tym zgodzić.
Mam dwa psy i jedno dziecko i nie przyszłoby mi do głowy, by traktować je tak samo, według tych samych zasad. Wydaje mi się, że behawioryzm jaki stosujemy najczęściej w relacji z naszymi psami nie jest najlepszą drogą do budowania relacji z innymi ludźmi.
W budowaniu porozumienia z psem chodzi o prostą zależność bodziec – reakcja. Mówimy siadaj, pies siada, mówimy do mnie, pies przybiega itp. (to znaczy takie jest założenie :). Konsekwencja, stałość, powtarzalność to droga do celu – dobrej relacji z psem. Stosując się do kilku zasad, które przeczytamy w mądrej książce lub usłyszymy  od psiego behawiorysty, możemy zbudować dobry kontakt z czworonogiem i dać mu poczucie bezpieczeństwa. Przyda się też opanowanie, zachowanie kamiennej twarzy, gdy naszego przyjaciela roznoszą emocje. Gdy nasz pies skacze, szczeka i wychodzi z siebie na widok na przykład mężczyzn w kapeluszu, warto zachować spokój, pokazać „mnie to nie wzrusza, także wiedz, że nic się nie dzieje”.  A przede wszystkim warto w tym być konsekwentnym, to daje dobre rezultaty. Wiem, bo moi ulubieni sąsiedzi są bardzo konsekwentni wobec swego psa i ich pies jest troszkę inny od moich :). Kocham bardzo moje psiaki, więc na określeniu „inny” pozostanę :).
Można byłoby pomyśleć sobie skoro bycie konsekwentnym sprawdza się w przypadku zwierząt, czemu nie przenieś tego na relację z dzieckiem? Bodziec – reakcja, sztywne zasady, kara, nagroda. Dlaczego mówię temu nie? Bo pies to nie jest dziecko, pies to  nie jest człowiek. Z całą moją bezgraniczną miłością wobec zwierząt, z całkowitym uznaniem ich podmiotowości. Ludzkie szczenię potrzebuję ludzkiej matki i ojca, pies potrzebuje odnaleźć się w psim stadzie, nawet jeśli jest w nim jedynym psem.
Jeśli chcemy, by pies wykonywał konkretną czynność, musimy nagradzać go za jej zrobienie, dawać smaczka, głaskać, pozwalać na zabawę, chwalić. Uczymy psa siadać, kiedy się udaje mówimy doooobry pies i dajemy smakołyk. Czy to zadziała w przypadku dziecka? Nie, dziecko samo nauczy się siadać.  Głupi żart. Ale może pozwoli coś wyjaśnić. Dziecko w rodzinie to ryba w wodzie, jest w swoich naturalnych warunkach i właściwie oprócz wspierającej, rodziny nic mu więcej do rozwoju nie potrzeba (na początku). Pies w rodzinie to wyrwany z lasu wilk, który musi ponaginać swoją naturę, by móc żyć w zgodzie z ludźmi, by mu to ułatwić można stosować na przykład elementy pozytywnej tresury.
Dziecko nie potrzebuje tresury, nauki, wychowania, ono jest gotowe do podjęcia wyzwania jakim jest życie.  A życie nie jest konsekwentne i nie trzyma się zasad. Choć dorosłym tak trudno jest w to uwierzyć, dzieci potrafią się uczyć od nas, same bez specjalnych reguł, zasad. Wystarczy z nimi być.
Budowania relacji z dzieckiem nie da się sprowadzić do zależności bodziec – reakcja. Jeśli chcemy dziecko czegoś nauczyć, musimy dawać przykład i tłumaczyć, dawać przykład i tłumaczyć, bez końca. Jeśli chcemy nauczyć szczeniaka, że nie wolno mu wchodzić do salonu, nie musimy spędzać z nim każdej chwili na jego posłaniu w przedpokoju. A jeśli chcemy, by nasze dziecko było dobrym człowiekiem, nic tak dobrze nie zadziała jak dawanie przykładu.
Myślę, że dziecko należy traktować jak partnera ważnego i trudnego przedsięwzięcia.  W tym przypadku tym przedsięwzięciem jest jego zdolność do bycia szczęśliwym. Bo to właściwe jest sedno różnicy. Stosując pewne zasady, metody wobec psów zajmujemy się ich zachowaniem tu i teraz. Ma to na celu ułatwienie nam życia, ale i spowodowanie, że psu będzie z nami dobrze tu i teraz. A w byciu z dzieckiem nie chodzi o to, by ono ładnie jadło łyżeczką, by zawsze sprzątało zabawki i by miało piątki na świadectwie, tu chodzi o coś znacznie ważniejszego. Mnie zależy na tym, by Matylda umiała być szczęśliwa. Mam nadzieję, że niekonsekwencja, brak zasad*, autentyczność i empatia jej w tym pomogą.
*brak zasad to nie brak granic



piątek, 19 czerwca 2015

Ja się złoszczę, ty się złościsz, Matylda się złości, złościmy się



Próbuję z całych sił zajrzeć do maleńkiej główki mojej córki, zrozumieć co się tam dzieje, poznawać człowieka, którym jest. Nie śpię, bo znów myślę o niej i wyzwaniu jakim jest życie dla prawie dwuletniej istoty.
Kiedy Matylda płacze, wije się na podłodze, mostkuje, bo przed chwilą upadł jej na podłogę klocek, nie mówię jej nic się nie stało, uspokój się (to chyba najgorsze, co można w takiej sytuacji powiedzieć i dziecku, i dorosłemu), nie próbuję odwracać jej uwagi od emocji, które przeżywa.
- Jestem przy tobie, mogę cię przytulić lub posiedzieć tu obok.
Brak reakcji. Płacze. W trakcie rzucania uderzyła się w głowę. Chciałbym żeby przestała płakać, żeby się uśmiechnęła i bawiła dalej. Chciałabym móc wyjść do kuchni zrobić sobie kawę, o której marzę od dwóch godzin.  Chciałbym też dać jej to, czego potrzebuje w tej chwili
-Jesteś zła. Upadł twój kolec i uderzyłaś się. Mogę ci podąć klocek. Pokażesz, gdzie cię boli?
Brak reakcji.
-Może przyjdziesz tu do mnie. Razem będzie nam łatwej. Mogę cie przytulić.
Wyciąga rączki. Przytulamy się. Wycieram łzy z malutkich policzków. Oddech powili wraca do normy. W głowie tłucze się pytanie: co się właściwe stało? Szukam odpowiedzi, może jest zmęczona, może głodna, może się nie wyspała. To ślepa uliczka. Odpowiedz jest łatwiejsza, po prostu się zdenerwowała. Oczywiście, że czasami jesteśmy na zdenerwowanie bardziej podatni czasami mniej, ale to bez większego znaczenia. Problem w tym, by zaakceptować, że dwulatek nie umie mówić o tym co czuje, umie płakać, tupać, szarpać, uderzać, gryźć i kilka innych rzeczy, ale nie umie powiedzieć: jestem wściekła, bo ten klocek upadł mi już dziesięć razy, a do tego, kiedy chciałam uporać się z tymi emocjami uderzyłam się w głowę. Powiem więcej większość dorosłych tego nie potrafi. Bo wyrażanie złości to trochę temat tabu, tego nie wypada, to nieładnie, niegrzecznie. Nikt nas nie uczy jak to robić, tak by nie krzywdzić siebie i innych. Dlatego też trudno nam zaakceptować wkurzonego kilkulatka. Szukamy tłumaczenia i próbujemy zatuszować ślady złości. Staram się w to nie iść. I nawet, kiedy nie wiem co powiedzieć. Po prostu jestem z nią, by wiedziała, że moja miłość jest stała, kocham ją nawet, gdy jest zła. Czasami muszę czegoś zabronić, więc mówię: rozumiem, że jesteś zła, ale nie chcę żebyś wkładał to do kontaktu, bo może stać ci się krzywda. I przytulam, kiedy jest już na to gotowa.
Trochę gorzej idzie nam w druga stronę. Bo przecież my też bywamy na nią źli, wkurzeni, wściekli. Jak to powiedzieć tej kruszynie? Chcę, by Matylda znała nas całych, niewystudiowanych, nieocenzurowanych. Może tak jak załatwiamy to miedzy sobą.
W skutek nieporozumienia i niedogadania pokłóciliśmy się  dziś z dużym M. Po wymianie pierwszych zdań zaczynających się od „bo Ty…” Zatrzymałam się (w sensie dosłownym też, rozmawialiśmy przez telefon, a ja byłam z M i psami na spacerze i stanęłam, by w tym potoku słów też przystopować)
-Daj mi chwilę, teraz to nie ma sensu. Jestem zła, wściekła. Jedyne co ma ochotę ci mówić to różne brzydkie słowa na p i k. Idę do parku, przyjdź.
Przyszedł. Z przyzwyczajenia próbuje ustalić winnego, a właściwie niewinnego. Kolejna ślepa uliczka w kłótniach. Nie ma winnych, a ich ustalanie do  niczego nie prowadzi.
-Jestem wściekła, bo mój dzień nie wyglądać tak jak miał wyglądać, ale wiem ze to nie twoja wina.
Rozmawiamy. O szkole, wykonanej pracy. Przytulamy się, kiedy jestem gotowa. Wyciągam ręce, teraz to widzę, jak Matylda. Dostałam przestrzeń na moją złość, tak jak kilka godzin wcześniej dałam ją mojej córce. I to były piękne złości, piękne, bo nikogo nie skrzywdziły, przepłynęły i poszły sobie. Ani Matylda, ani ja już o nich nie pamiętamy. Przepuszczone nie gryzą, nie zatruwają, nie psują relacji. Piękne złości potrzebują przestrzeni.
Tego bym cię chciała nauczyć.